Czy ktoś z Was nie słyszał jeszcze o pierwszym numerze naszego wyczekanego, polskiego VOGUE‚a? Pewnie się taka osoba nie znajdzie, bo od Walentynek o niczym innym się nie mówi jak właśnie o tym magazynie. Dlatego długo zastanawiałyśmy się czy dodawać w tym temacie swoje trzy grosze, czy jest jeszcze na to miejsce i czy ktoś to jeszcze w ogóle przeczyta, ale podobno papier przyjmie wszystko, to internet tym bardziej, więc i my wypowiemy się w tym temacie. Kto nas śledzi doskonale wie, jak duże znaczenie ma dla nas moda. Ja sama pracuje z nią od dobrych 10 lat a może to już i więcej… To zdecydowanie mój konik, pasja i coś co uwielbiam, więc nawet sobie nie wyobrażacie jak się cieszyłam na wieść o tym, że wreszcie doczekamy się naszej edycji tego kultowego magazynu. Ta chwila wreszcie przyszła i…?

Zaczeło się od kontrowersyjnej okładki, która wywoła burzę. Głosy są podzielone. Jedni się zachwycają inni negują i hejtują okładkę. Oczywiście każdy z nas ma inne odczucia i ocenia według własnych gustów. Mnie najbardziej smuci to, że okładka przyćmiła całość. Nikt już się nie skupił na tym co w środku. Mówimy tylko o tym co z zewnątrz. Właściwie to mnie nie powinno dziwić, bo jakby nie patrzeć nadal oceniamy innych po wyglądzie. To się już chyba nie zmieni (wiadomo, nie wszyscy, ale jednak nadal większość). I tak gówno burza w internetach zaburzyła całość. Ale z drugiej strony taki darmowy pr i reklama robi robotę 🙂 Myślę, że dzięki temu sprzedaż i tak była o wiele większa!

To jak to jest z tą okładką! 
Jak pierwszy raz ją zobaczyłam miałam mieszane odczucia. Właściwie to nie wiedziałam czy mi się podoba czy nie. Nie wywarła na mnie żadnych emocji. Pomyślałam – fajna.  I tyle. Ale im dłużej na nią patrzyłam, tym bardziej się w nią zagłębiałam i dopatrywałam drugiego dna. Przemówiła do mnie dopiero po czasie. Teraz widzę w niej przesłanie.  Pokazanie, że nasza szara ulica, nasz kraj wreszcie doczekał się przełomowego momentu. Inne kraje miały już swojego Vogue, a my Polscy – uznawani za bardzo dobrze ubranych, gdzie blogerki modowe wyznaczają trendy, konsumujemy, wydajemy kasę na ciuchy, rozwijamy handmade i polski biznes szyciowy, gdzie polskich marek z produkcją modnych rzeczy przybywa jak grzybów po deszczu, wreszcie doczekał się własnego VOGUEa. Niby czym byliśmy gorsi od Francji, Rosji, Anglii i innych? Okładka ta mówi do mnie – dopiero teraz zamknęliśmy okres komuny w świecie modowym. To przełomowy okres, i czy się Wam podoba czy nie, to zdecydowanie historyczny moment, o którym kiedyś nasi potomkowie będą się uczyć…

Okładka ta podoba mi się, ale nie zachwyca. Może dlatego, że jestem dość kolorową osobą i nie przepadam za szarościami, ale lubię inność, a ona jest zdecydowanie inna. Wybiega poza normy modowych magazynów. Wolę taką wersję niż wyszopowane, plastikowe celebrytki.

Dobra, ale koniec o okładce. Czas zajrzeć do środka! I tu pojawia się problem. O ile jeśli ktoś do tej pory czytał w ogóle Vogue, nie zdziwi się, że w środku jest masa reklam. Tak jest wszędzie, ale u nas ktoś z tym przesadził. Sama generalnie lubię oglądać ładne rzeczy, reklamy też. Wiem również, że żeby wydać taki projekt trzeba ogromnych nakładów finansowych (sama kiedyś wydawałam magazyn), więc rozumiem – reklama dźwignią handlu, ale ludzie jeśli tekstu jest tam tyle co kot napłakał to już przesada. Dopiero za trzecim czy czwartym razem dopatrzyłam się ciekawych artykułów, które po prostu znikły w gąszczu reklam. Zresztą niektórych średnio ciekawych. Wielka moda to nie raklama standardowej sieciówki…Wiem też od znajomej, że firmy dosłownie biły się o reklamę w tym numerze, więc chyba dział marketingu postanowił wziąć wszystko, aby tylko cyferki się zgadzały, a to niestety mocno bije w oczy czytelników, którzy nie pozostawili suchej nitki w tym temacie.

Jest jeszcze jedna rzecz, która mi bardzo przeszkadza. Chodzi o wydruk, kolory i kolportaż. Wydaje mi się, że drukarnia, która zajmowała się drukiem nie sprostała wymaganiom. Kolory są raz za szare raz za ostre – może to kwestia składu, nie wiem, ale tusz się rozmazuje a to jest niedopuszczalne w takim magazynie. Dodatkowo nie wiem czy Wam udało się kupić ładne wydanie, ale ja swoje dorwałam w bardzo złym stanie. Postrzępione, pofalowane (chyba farba nie do końca wyschła, tak jak trzeba), obdarte. Pani w kiosku powiedziała, że takie egzemplarze przyjechały, wszystkie z jakimiś wadami. Kupiłam taki, bo bardzo chciałam mieć ten numer, a nie miałam czasu latać i szukać takiego bez skazy. No ale jakby nie patrzeć, to 17 zł za gazetę, która wygląda jakby poszarpał ją pies, którego nie mam…:P Słabo!

Ja sama jednak nie chciałabym czepiać się za bardzo zespołu Vogue‚a, bo wiem, że mieli bardzo ciężkie zadanie do zrobienia. Sprostać milionom Polaków, którzy czekali na ten moment od wielu wielu lat nie jest łatwo. Czy się udało? Moim zdaniem na razie nie, ale przecież to dopiero początek, więc ja daję im szansę i czekam na kolejne numery. Wiem, że będą coraz lepsze. Przynajmniej w to wierze i kibicuję. W końcu robią to doświadczeni ludzie! Dlatego z niecierpliwością czekam na super treści i świetne modowe sesje, które będą inspirowały Polaków i motywowały do szaleństw w modzie.

Jesteśmy ciekawe co Wy sądzicie o tym numerze? Widzieliście czy mało Was ten temat interesuje?

Ruda

 

Mąż wrócił z trasy koncertowej i z torby wyjął z uśmiechem świeżuteńkie, pierwsze wydanie polskiego VOGUE‚a. „Pomyśłałem, że będziesz go chciała mieć” 🙂 Jak on mnie zna – pomyślałam. No jasne! 🙂 Ha! Któż inny miałby być na okładce jak nie Anja Rubik i Małgorzata Bela. Moje pierwsze wrażenie? Klasa i klasyka, czyli to co lubię 🙂 Szybko nalewam sobie kieliszek wina by uczcić ten moment i informuję męża z synkiem, że przez najbliższe pół godziny mnie nie będzie.

Ilość reklam to temat, który wolę pominąć, ale dobrze wiem, że ten magazyn w dużej części jest ekskluzywną „broszurą” reklamową. No cóż. Takie czasy. Czytam bardzo zgrabny wywiad z Aleksandrą Woroniecką i czuję ogromny niedosyt. Pozostałe artykuły, jak wisienki, zostawiam na później. Wertuję kolejne strony magazynu i jedna rzecz mnie zastanawia… W końcu VOGUE to głównie coś dla oka. Więc oglądam dalej, aż nasuwa mi się jedno skojarzenie…

Czy „rzucenie” Anji Rubik w ekskluzywnych ubraniach na worki ziemniaków, albo postawienie jej w niewidocznych na zdjęciu butach Jimmy Choo (wiem z opisu, że ma je na stopach) na hałdzie ziemi, nie jest aby metaforą do pojawienia się glamour na ściernisku? A jeśli tak, to czy tak chcemy przedstawić nasz kraj światu i zapamiętać Polskę w dniu pojawienia się pierwszego w historii wydania VOGUE Polska? Smog jest wszędzie, więc może nie ma co udawać, ale trzeba pokazać prawdziwy obraz naszego kraju w zderzeniu – tak, to właściwe słowo – w zderzeniu z wielką modą…

A może to wypowiedź polityczna? W końcu od dawna VOGUE zabiera głos w sprawach ważnych dla świata. Może ta żałobna czerń, to anty-rządowy manifest artystów, tworzących magazyn, przeciwko działaniom rządu w sprawach kobiet, które wyciągają setki czy tysiące z nas na ulice? W końcu to magazyn głównie dla kobiet… Nie wiem. Jestem bardzo ciekawa co na to Ruda, więc szybko do niej piszę i wspólnie postanawiamy podzielić się z Wami naszymi wrażeniami na mamuni.pl 🙂

W każdym razie, ja kładę VOGUE‚a w sercu domu, pod szklanym stołem, obok biografii Johna Lennona i Coca Chanell. Chcę go mieć na oku i wracać do niego przez najbliższe dni. Przeczytać wszystko co w nim napisane i jeszcze pięć razy przeanalizować wszystkie zdjęcia (i chcąc NIE CHCĄC, reklamy także). Niedosyt – to chyba najtrafniejsze słowo, jakie opisuje moje odczucia względem sztandarowego, modowego magazynu w kraju – bo bez wątpienia, VOGUE miał to miejsce jeszcze przed pojawieniem się. Nie wiem czemu oczekiwałam, że będzie mniej szaro-polski, a bardziej światowy. Może w tym jest właśnie jego moc? Że poruszył i sprowokował do dyskusji tak wiele z nas…? Czekam co będzie dalej… Czekamy razem? 🙂

Alicja

 

 

 

 

 

 

 

Facebook Comments